środa, 5 lutego 2014

Wypadek na ulicy Dąbrowskiego. Kto był w szoku, kto mógł jeszcze ucierpieć, a kto "kopał" leżącego?

Pod napisem "cenzura" znajduje się potrącony na ulicy Dąbrowskiego pies. Zdjęcie błyskawicznie
udostępniło ponad 6,5 tys. internautów. Większość wydała wyrok na motorniczego | fot. Fundacja VIVA
Poniedziałkowe wczesne popołudnie. Miasto obiegła bardzo przykra wiadomość o śmiertelnym potrąceniu psa na ulicy Dąbrowskiego, działo się to na skrzyżowaniu z ulicą Podgórną. Sprawcą zdarzenia jest motorniczy tramwaju linii 7. Opisuje to świadek, czyli pasażerka oraz potwierdza MPK Łódź.

Choć do zdarzenia doszło w ubiegły czwartek - 30 stycznia, opinia publiczna dowiaduje się o tym dopiero w kolejnym dniu po zdarzeniu - 4 lutego. Nie jest to jednak tak zwana "policjałka", czyli informacja przesyłana przez biuro prasowe łódzkiej policji, a wpis na fanpage'u jednej z organizacji pozarządowych.

Przyznam szczerze, że jako człowiek internetu jestem bardzo mocno zaskoczony - bardziej chyba jednak negatywnie niż pozytywnie - do jakiego odbioru społecznego doprowadziła społecznościowa akcja fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt Viva. Być może chęci były i dobre, jednak wykonanie fatalne.

Pewnie zaraz i ja zacznę być internetowo linczowany. Tylko zanim będziecie cokolwiek robić to tylko coś przypomnę. Nie bronię motorniczego, ale tym bardziej nie zamierzam go kamieniować za tę sytuację. Choć oczywiście zgadzam się, że sytuacja jest bulwersująca i powinna być dokładnie wyjaśniona.

To przed skrzyżowaniem z ulicą Podgórną tramwaj linii 7 miał śmiertelnie potrącić psa. Po tym miał się
nie zatrzymać. Kawałek dalej zaczyna się przystanek, tramwaj go przejechał? | fot.
Daniel Siwak, arch.
Myślę, że już całą sytuację wszyscy znają, ale dla przypomnienia zamieszczę fragment. - Patrzyłam na szyny tramwajowe, były powyginane. Może dlatego motorniczy jechał wolno. Trochę mnie to irytowało, gdyż spieszyłam się do pracy. W pewnym momencie zobaczyłam ok. 50 m przed tramwajem rudego pieska średniej wielkości, biegającego przy torach i obwąchującego śnieg (...) Motorniczy raz tylko krótko zadzwonił i mógł zwolnić jeszcze bardziej, a nawet stanąć. Powtarzam - jechał wolno (...) Usłyszałam tylko pisk zwierzęcia, które "szanowny" motorniczy przewałkował pod tramwajem. To odczucie nie do wyobrażenia! Proszę mi wierzyć! Odczuwać obecność psa, a nawet już jego nieszczęsnych zwłok pod pojazdem, którym się jedzie - to fragment jej relacji. Świadkiem tego tragicznego zdarzenia była pasażerka, która jechała tramwajem do pracy.

Przewoźnik potwierdza otrzymanie skargi w związku z sytuacją, którą przesłała pasażerka. Jednocześnie próbuje wyjaśnić całą sytuację. - Z relacji motorniczego wiadomo, że ten pies rzeczywiście biegał po torowisku. Przyznał on, że widział zwierzę i przy użyciu dzwonka zewnętrznego chciał je przepłoszyć. Udało się, jednak po chwili pies znów wskoczył na tory. Wówczas nie było już szans na jakąkolwiek reakcję. Oczywiście motorniczy mógł zahamować awaryjnie, ale tramwaj i tak nie zatrzymałby się w miejscu, a pasażerowie znajdujący się w pojeździe mogliby doznać obrażeń - tłumaczy rzecznik MPK Łódź Sebastian Grochala. Motorniczy mówił też, że odjechał z przystanku, bo był w szoku. Informację o zwłokach zwierzęcia znajdującym się na jezdni miał przekazać centrali ruchu motorniczy następnego tramwaju, który kilka minut później przejeżdżał po ulicy Dąbrowskiego. Miejski przewoźnik - jeśli sprawa trafi do prokuratury - deklaruje chęć współpracy z organami ścigania

A teraz pytanie. Czy ktoś w ogóle zdaje sobie sprawę, że w tym zdarzeniu - prócz psa albo zamiast psa - mogło ucierpieć dodatkowo kilkunastu pasażerów? Gdyby motorniczy rzeczywiście hamował awaryjnie to mogłoby się tak zdarzyć, że część ludzi stojących w środku znalazłaby się na blaszanej szafie z aparaturą, a pozostała część na podłodze wagonu. Pusty tramwaj przy średniej prędkości 20 km/h zahamował by awaryjnie po około 15 metrach, przy słonecznej pogodzie i suchej szynie. Jednak w tym przypadku tramwaj jechał z pasażerami, a na zewnątrz panowały niskie temperatury i spadł śnieg. To na pewno nie są warunki sprzyjające takim nagłym działaniom. W takich sytuacjach niestety trzeba wybierać, nawet kosztem społecznie nieakceptowalnych zachowań. Dla motorniczego okazało się chyba ważniejsze bezpieczeństwo pasażerów niż pies, który wbiegł przed tramwaj.

Jazda z większą prędkością po krzywych torach groziła wykolejeniem. Tramwaj nie mógł szybko jechać
ze względu na ograniczenie prędkości. A jak na torowisku znalazł się pies? |  fot.
Daniel Siwak, arch.


Zastanawiam się też głęboko nad reakcją fundacji Międzynarodowy Ruch Na Rzecz Zwierząt "Viva". Co do idei działania (m.in. ratuje konie przed rzezią i prowadzi akcję przeciwko zabijaniu karpi na święta) nie mam uwag. Jednak co do sposobu działania już tak. Tuż po otrzymaniu bulwersującego zdjęcia organizacja robi swój ruch i tworzy kolaż z pytaniem "Czy taki człowiek powinien prowadzić tramwaj?", z podaniem e-maila do Biura Obsługi Klienta opinie@mpk.lodz.pl, aby internauci słali tam swoje skargi. Wszystko dzieje się chwilę po godzinie 12.00. Organizacja próbuje od razu napiętnować przewoźnika, choć on sam nawet nie zdążył zabrać głosu w sprawie. Nie widziałem też jasnego komunikatu w stylu: "Nie godzimy się na takie sytuacje. Będziemy próbować z przewoźnikiem wyjaśniać tą bulwersującą sprawę".

Społeczeństwo idzie o krok dalej i zaczyna się wielka radosna nagonka na motorniczego. Piętnowanie i nagonka trwają przez kolejne godziny, aż do późnego popołudnia. Wśród komentarzy czytamy: "Co za cholerny złamas", "Wziąć go na tory i przejechać z zimna krwią", "Jak można być takim bydlakiem?", "Bydlaka trzeba znaleźć i ukarać", "Dlaczego ludzie to są takie ścierwa bez serca", "Pewnie motorniczy był pijany", "Dziś zabił psa, jutro zabije człowieka". Pierwsze informacje o całym zdarzeniu zamieszcza Dziennik Łódzki, ale dopiero przed godziną 17.00. Dopiero wówczas dowiadujemy się bliższych szczegółów zdarzenia, które miało miejsce kilka dni temu. Jednak to już nie ma żadnego znaczenia dla sprawy, bo przewoźnik jest zły i motorniczy też jest zły.

W dziennikarstwie jest tak, że jeśli dany materiał ma być dobrze zrealizowany, to powinien uwzględniać racje wszystkich stron, jeśli ich to dotyczy. Gdyby zaczerpnąć z tego pewną ideę mamy ciekawą sytuację. Fundacja Viva wysyła w świat za pomocą tego zdjęcia jasny przekaz - motorniczy jest winny, bo widział psa i jechał dalej, bo go przejechał i się nie zatrzymał. A co byłoby gdyby np. motorniczy stracił na chwilę przytomność? Poza tym tam był przystanek więc musiał się zatrzymać, bo pasażerka tam wysiadła. Czy mi się wydaje, czy ktoś tu "kopał" przysłowiowego leżącego? A może chciano jedynie skorzystać ze złego czasu dla przewoźnika po niedawnej tragedii na Piotrkowskiej? Poza tym czemu dopiero w poniedziałek ujawniła sprawę z poprzedniego czwartku? Skąd ta zwłoka? Z dziennikarskiego punktu widzenia mnie to zastanawia.

Motorniczy może odpowiadać za zdarzenie opisane w ustawie o ochronie zwierząt. Jednak zastanawiające
 jest to, że kobieta najprawdopodobniej nie zawiadomiła policji | fot. Marcin Jurkiewicz, arch.
Cały czas nie daje mi też spokoju kwestia zachowania tej kobiety, która jechała tramwajem i była - jak opisuje - świadkiem całego zdarzenia. W tym emocjonalnym opisie czytamy. - Na pobliskim przystanku, do którego dojeżdżał tramwaj, wysiadłam, gdyż nie mogłam dalej jechać ani tym tramwajem, ani z tym "s…….". Załączam zdjęcie (jeżeli w ogóle ktoś chce to oglądać). Piesek miał na szyi łańcuszek, może ktoś go będzie szukał  (...) Sprawa poruszyła nie tylko mnie. Również inni ludzie zatrzymywali się w miejscu tego incydentu. Nie mogli się nadziwić, że można było tak - opowiada pasażerka. Zapewne chodzi o przystanek Dąbrowskiego - Podgórna, który znajduje się tuż przy skrzyżowaniu. Zdruzgotana całą sytuacją pasażerka widzi zwłoki psa i co? W tym zdruzgotaniu wysiada, robi mu zdjęcie, a potem idzie spokojnie do pracy? Potem nie wiedzieć czemu wysyła je do fundacji? Przepraszam, ale jakoś tego nie kupuję w ogóle!

Wydaje mi się, że w rozumieniu przepisów ta pasażerka była świadkiem zdarzenia drogowego pod nazwą potrącenie zwierzęcia. Biorąc pod uwagę sytuację, którą opisuję dość szczegółowo można ogólnie wywnioskować, że sprawca - motorniczy uciekł z miejsca wypadku pozostawiając ranne zwierze bez pomocy. W takiej sytuacji pasażerka mogła dokonać tzw. obywatelskiego zatrzymania lub niezwłocznie powiadomić policję i przekazać informację o zdarzeniu wraz z określeniem kierunku, w którym oddalił się potencjalny sprawca. Mogła też zadzwonić na 42 19285, czyli na Nadzór Ruchu MPK. Dlaczego tego nie zrobiła? A może zrobiła, tylko już nie dopowiedziała tego? To by zmieniło obraz całej sytuacji.

Tak jak większości ludzi, którzy komentowali zdarzenie w internecie, jest mi również bardzo szkoda tego psiaka. Być może ktoś teraz za nim tęskni. Być może właściciel przeżywa smutne chwile. No właśnie, tylko gdzie był jego właściciel?! Motorniczy ponosi winę za to, że nie wysiadł na przystanku i nie sprawdził stanu psiaka. Nie powiadomił też centrali ruchu. Tylko co by było, gdyby w tym zdarzeniu rzeczywiście ucierpieli pasażerowie? Czy sprawa potoczyłaby się łagodniej? Nie. Jestem pewien, że wtedy internet wylałby równie wielką lawinę luźno rzuconych słów, gróźb czy wulgaryzmów pod adresem kierującego. Przecież emocje jeszcze nie opadły po tragicznym wydarzeniu z tegorocznego święta Trzech Króli. Dobrego dnia wszystkim!