środa, 8 stycznia 2014

Była wódka i piwo w kabinie. Teraz jest nieufność pasażerów i rysa na wizerunku MPK Łódź

Tramwaj zatrzymał się kilkaset metrów za skrzyżowaniem. Motorniczy nie zdawał sobie sprawy z sytuacji,
która miała miejsce na ulicy Piotrkowskiej. Miał 1,2 promila alkoholu | fot. Marcin Jurkiewicz
Kolejne godziny przynoszą nowe informacje w sprawie wypadku na skrzyżowaniu ulicy Piotrkowskiej i Radwańskiej. Dzisiaj w prokuraturze został przesłuchany motorniczy pechowej "16". Mężczyzna przyznał się do zarzutu spowodowania wypadku śmiertelnego. Został aresztowany na trzy miesiące, grozi mu do 12 lat więzienia.

W poniedziałek 6 stycznia było ciepło i słonecznie. Nic nie wskazywało, że może dojść do tragedii. Rozpędzony tramwaj nie zatrzymuje się na Brzeźnej. Pojazd ignoruje obowiązkowy przystanek oraz czerwone światło, jakie było zapalone.

Rozpędzony do co najmniej 50 km/h, czterdziestotonowy kolos zatrzymuje się dopiero po ponad 100 metrach. Wcześniej uderza w trzy starsze kobiety przechodzące przez przejście dla pieszych. Dwie z nich giną na miejscu, trzecia nadal walczy o życie w szpitalu.

W tym samym czasie z ulicy Radwańskiej osobowy Opel Vectra skręca w ulicę Piotrkowską. Został staranowany przez pojazd szynowy i zatrzymał się tuż przed słupem podtrzymującym trakcję tramwajową, tuż obok Opla Astry. Ujawniono już nagranie z monitoringu pobliskiego budynku, gdzie widać całe zdarzenie.

Motorniczy na podwójnym gazie spowodował wypadek na skrzyżowaniu Piotrkowskiej z Brzeźną.
W wyniku zdarzenia zginęły na miejscu dwie osoby, a kolejne dwie zostały hospitalizowane
| fot.
tomenaa
Niestety, ale kolejne ustalenia prokuratury w sprawie tragicznego wypadku z poniedziałku, nie przemawiają na korzyść motorniczego. Wiadomo, że 34-letni Piotr M., który pracował w przedsiębiorstwie od dwóch lat, miał w chwili badania w organizmie ok. 1,3 promila alkoholu.

Teraz okazuje się, że w kabinie znaleziono cztery puszki z piwem oraz trzy butelki z wódką. Jedna 200 mililitrowa butelka po wódce była pusta, druga częściowo skonsumowana, a trzecia cała. Prokuratura twierdzi, że nieotwarte były też chmielowe trunki. Potwierdziła się też informacja, że motorowy był w chwili wyjazdu z zajezdni trzeźwy.

Śmiertelne procenty kupił w jednym ze sklepów alkoholowych, znajdującym się w pobliżu krańcówki tramwajowej na Kurczakach. Jak ustalili śledczy, a potwierdza to sklepowy monitoring, były motorniczy przyszedł do sklepu dwa razy - ok. 9.40 i 12.00. Sięgał po alkohol zarówno w Łodzi, jak i w Zgierzu. W tej sytuacji pojawiają się dodatkowe pytania - czy pracownik ekspedycji na Kurczakach mógł coś poczuć i jakoś zareagować? Czy pasażerowie mogli widzieć pijącego pracownika MPK?
 
Kabina to jedyny azyl dla prowadzącego. Teraz każdy z kilku tysięcy motorniczych czy kierowców MPK,
może być bacznie obserwowany przez jadących pasażerów | fot.
Daniel Siwak, arch.

Była wódka i piwo w kabinie. Teraz jest nieufność pasażerów. Oczywiście wszyscy znajomi tramwajarze ostro wypowiadają się o wybryku swojego byłego kolegi. Padają mocne, a czasem nieparlamentarne słowa oceniające całą sytuację. Cytować ich nie będę, bo musiałbym wykropokować większą część każdego zdania. Nie twierdzę też, że wszyscy są abstynentami, bo tak na pewno nie jest. Prawda jest taka, że w każdym zawodzie stresogennym alkohol się przewija. Bardziej chodzi tutaj o świadomość - napiłeś się, nie wsiadasz za pulpit. Prosta sprawa.

W sumie nie ma się co dziwić tej "ciężkiej" atmosferze. Przecież pośród ponad tysiąca kierujących są tacy, którzy odbębnią z grobową miną swoją zmianę i fajrant. Na szczęście są też pasjonaci, którzy po prostu kochają swoją pracę. Pracę wymagającą koncentracji i odporności na trudne kontakty z pasażerami. Ta sytuacja na pewno rzuca złe światło na zawód motorniczego, który dodatkowo od lat ulega społecznej degradacji.

Wszyscy kierujący pojazdami MPK Łódź zdają sobie sprawę, że teraz łatwo nie będzie. Już pojawiają się krzywe spojrzenia na przystankach, przy zakupie biletów jest przybliżanie się do okienka. Na pewno pojawi się też wzmożona czujność pasażerów, przy najmniejszych sytuacjach budzących obawy. Nawet ja zastanawiałem się dzisiaj czy motorniczy linii 15, który kilka miesięcy temu nie zatrzymał się na jednym przystanku, nie był przypadkiem dziabnięty? Na pewno warto podejść do sprawy racjonalnie, a nie od razu szufladkować.

Wypadek nie wpłynie pozytywnie na - i tak już nadszarpnięty - wizerunek miejskiego przewoźnika.
Teraz MPK Łódź będzie musiało starać się odrobić utraconą opinię | fot. Daniel Siwak
Wielkiego kopa w przysłowiowy zadek dostało też samo MPK Łódź. W języku pijaru nazwa się to sytuacją kryzysową. Szczególnie, że na jaw wyszła informacja o wcześniejszym zatrudnieniu Piotra M., jako kierowcy autobusu (lata 2002-2003) i nieprzedłużenie mu wygasającej umowy, z przyczyn bliżej nieznanych. Na pewno na plus zasługuje stanowcze komunikowanie o winie. Spółka nie wymigiwała się od odpowiedzialności, a wręcz zadeklarowała pomoc rodzinom ofiar i rannym w wypadku. Czarowanie w takiej sytuacji, byłoby bardziej balansowaniem na cienkiej linie, niżeli gaszeniem kryzysu.

Na koniec trzeba postawić sobie zasadnicze pytanie. Kiedy i czy w ogóle zniknie ta rysa na wizerunku Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Łodzi? Pomijając fakt, iż pasażerowie potrafią narzekać dosłownie na wszystko wydaje mi się, że zniknie. Jednak przewoźnik będzie musiał bardzo mocno się starać. Ciągłe komunikowanie o tym, że są przeprowadzane kontrole trzeźwości, na dłuższą metę jest działaniem doraźnym. W pewnym momencie przejdzie się do tego na porządku dziennym. Po prostu wewnętrznie trzeba działać - pilnować muszą nie tylko dyspozytorzy, ale sami siebie motorniczowie i kierowcy.

Dużą rolę w ocieplaniu wizerunku, może odegrać jakaś pozytywna sytuacja z udziałem "empekowców". Muszę pochwalić tutaj prowadzących za akcję "Mikołaje wożą łodzian". Mam nadzieję, że w przyszłe święta więcej osób się do niej przyłączy. A z tymi sytuacjami mam na myśli np. taką jak w maju 2013 roku. Wówczas dwóch motorniczych tramwaju, wyciągnęło mężczyznę z płonącego się mieszkania przy ulicy Limanowskiego. W grudniu 2012 roku kierowca autobusu uratował od zamarznięcia starszą kobietę, która siedziała kilka godzin na przystanku przy alei Jana Pawła II.

4 komentarze:

  1. "W poniedziałek 6 stycznia było ciepło i słonecznie. Nic nie wskazywało, że może dojść do tragedii."

    Grafomania pełną gębą. Wypadek spowodowany przez pijanego motorniczego zwiastują błyskawice i szyderczy śmiech w tle, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziś rozmawiałam o tym wypadku z panią, która jak się okazało prowadzi sklep z alkoholem od 7 lat niedaleko krańcówki autobusów. Od tyluż lat przychodzą do niej kupować alkohol w trakcie pracy kierowcy autobusów. Przestańcie się co poniektórzy oszukiwać, że nie jest to zjawisko powszechne i znane. Śmiejemy się z dowcipów o pijakach, a znaczna większość bagatelizuje picie alkoholu i nawet w pracy. Społeczeństwo oburza się dopiero jak dochodzi do masakry i ginie więcej niż jedna osoba. Alkoholizm to choroba całego społeczeństwa, jedni chleją, a inni pobłażają, udają, że nie widzą lub tłumaczą chlajusów: "ma głupią żonę", " ciężkie życie", "niepełnosprawne dziecko" itd itp. To niech się zachla na śmierć i nie zadręcza innych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poradziłeś tej pani, aby dzwoniła na policję? Czy tylko ot tak do wiadomości przyjąłeś? Jeśli ta pani widzi kierowcę w pracy kupującego alkohol, to powinna zaraz dzwonić albo wrzasku na krańcówce narobic, że pijany siedzi w pojeździe.

      Usuń
    2. Kupowanie alkoholu jeszcze o niczym nie świadczy. Można kupić i schować do przyjścia z pracy. Szczególnie jeśli to następuje pod koniec zmiany, choć oczywiście w obliczu ostatnich wydarzeń budzić to może niepokój. Jeśli było się świadkiem takich sytuacji można było obserwować czy procenty spożywane są jeszcze w pojeździe. Bądźmy czujni, ale nie dajmy się zwariować.

      Usuń